Na początek Kotlina Kłodzka

Od dwóch lat, a tak na dobrą sprawę odkąd pierwszy raz wsiadłem na rower, marzyłem o tym, aby pewnego dnia wyruszyć w podróż rowerową do Portugalii. Powiedziałem sobie, że jak będę już duży, to na pewno to zrobię! Czekałem tylko na odpowiedni moment i na dobrego kompana podróży, a o to drugie jest zazwyczaj bardzo ciężko. Nawet jeśli masz jakiś plan, to musisz znaleźć drugą, równie zakręconą na punkcie wypraw rowerowych, osobę, która będzie miała akurat wolny czas, podobny cel oraz dużo chęci. W tym przypadku celem była Portugalia, a kompanem podróży Tomek z Jaworzna. No dobra, ale dlaczego akurat Portugalia? Otóż ten kraj marzył mi się od zawsze, dlatego iż jest to swoisty koniec Europy – dalej po prostu nie da się dojechać rowerem w Europie i to działało na moją wyobraźnię. Z kolei wracając do mojego współtowarzysza podróży – Tomka, to poznaliśmy się kilka lat wcześniej przez stronę internetową, na której miłośnicy rowerów zapisują swoje wycieczki w formie dziennika. Tam też od 2011 roku prowadziłem swojego pierwszego bloga podróżniczego, gdzie wrzucałem relacje wraz ze zdjęciami z każdego rowerowego wyjazdu. Co ciekawe, już w 2012 roku miałem jechać z Tomkiem na wyprawę w Alpy lecz niestety wakacyjna praca pokrzyżowała moje plany. Rok później Tomek wybrał się rowerem na Bałkany, ja z kolei postawiłem na wyjazd autostopowy do Włoch. Koniec końców w roku 2014 postanowiliśmy połączyć siły i wybrać się wspólnie na rowerach z Wrocławia do stolicy Portugalii. Wystarczyło jedno spotkanie w Krakowie, kilka maili i byliśmy dogadani. Tak więc wyprawę do Portugalii czas zacząć!

 

Pierwszy etap

Miejscem naszego startu był Dworzec Główny we Wrocławiu. Spotkaliśmy się tam około 9 rano i po pamiątkowym zdjęciu ruszyliśmy w nieznane. Spodziewałem się, że początek może być, a raczej na pewno będzie dla mnie ciężki, gdyż praktycznie od miesiąca nie jeździłem na rowerze. Mało tego, w 2014 roku do momentu wyprawy przejechałem ledwie 700 km, a długość całej wyprawy oscylowała w granicach 5000 km! O Tomka się nie martwiłem, bo on trenował regularnie na małopolskich drogach. Mnie jednak czekał trudny początek i miałem tego świadomość.

 

Pierwszego dnia naszym celem było dojechanie jak najbliżej czeskiej granicy. Nie chodziło nam o jakieś zwiedzanie po drodze, ale o jak najszybsze przedostanie się na południe. Wybraliśmy więc mało ambitną, ale za to mocno zatłoczoną drogę krajową numer 8. Pogoda od początku nam sprzyjała, jedynie przedni wiatr lekko utrudniał życie. Pierwsze 50 km pokonaliśmy mocnym, szybkim tempem. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę na rynku w Ząbkowicach Śląskich, a kawałek za miastem złapał nas przelotny deszcz. Problemy zaczęły się na wysokości Barda, gdzie wyszedł mój brak treningu. Zaczęło mi się ciężko jechać i tak już zostało do końca dnia. Po dłuższej przerwie w Kłodzku, ruszyliśmy na ostatnie kilometry. Pod koniec dnia spotkaliśmy na trasie jeszcze innych „sakwiarzy” – byli to dwaj rowerzyści z Oławy, którzy korzystając z ładnej pogody i chwili wolnego wybrali się do Pragi. Po kilku wspólnych kilometrach koledzy zostali w tyle, a my zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Na wyprawie dysponowaliśmy jednym trzyosobowym namiotem, którego woziliśmy na zmianę. W miejscowości Domaszków udało nam się dość szybko znaleźć „zakwaterowanie”. Pewna starsza kobieta udostępniła nam kawałek swojego ogródka, a w ramach kolacji poczęstowała pysznym żurkiem z kiełbasą, ciastkami oraz malinami prosto z ogródka. Dostaliśmy nawet propozycję spania w domu, ale warunki sanitarne lekko nas zniechęciły, przez co grzecznie odmówiliśmy. Wieczór był ciepły i długi, a więc siedzieliśmy wspólnie przed domem. Ze środka wydobywały się głośne dźwięki Polo TV, a właścicielka opowiadała nam o swoim ciężkim życiu, pokazując przy tym różne fotografie. Dobra kobieta przyniosła nam nawet ciepłą wodę w garnkach, żebyśmy mogli się umyć po ciężkim dniu. Jedyną prośbą, jaką do nas wystosowała, było…kupienie jej piwa w pobliskim sklepie 😉 Tak właśnie zaczęła się nasza przygoda.

 

 

Krzywa wieża w Ząbkowicach Śląskich – fot. Tomek

 

 

 

Pyszny żurek na kolację – fot. Tomek

 

 

ETAP  1.