Najpiękniejsze wioski są w Dolnej Austrii

Pierwsza noc na austriackiej ziemi nie była dla nas spokojna, gdyż nad miejscowością, w której spaliśmy, przeszła burza. Pozytyw tego był taki, że przynajmniej rano było nieco chłodniej. Na trasę wyruszyliśmy o 9 rano, ale wcześniej zawitaliśmy jeszcze do miejscowego marketu Spar. Tomek niestety dalej odczuwał ból brzucha, ale do pierwszej większej miejscowości dotarliśmy w nienajgorszym czasie. Na lokalnych austriackich drogach nie spotykaliśmy wielu kierowców, a po odbiciu na szlak rowerowy w Horn, nie widzieliśmy samochodów już praktycznie w ogóle. Od rana robiło się coraz cieplej i cieplej, aż w końcu złapała nas niegroźna burza. Nie było się gdzie skryć, więc za schronienie posłużyła nam jabłoń. Po kilku chwilach Austriacy zaprosili nas do szopy, abyśmy przeczekali tam chwilowe załamanie pogody. Czekaliśmy w warsztacie dobrą godzinę i było już wiadomo, że nie zrobimy tego dnia takiego dystansu jak na pierwszych trzech etapach. Gdy pogoda się uspokoiła, wróciliśmy na trasę, a tam zaczęły się pierwsze poważniejsze pagórki i serpentyny drogowe. Trasa prowadziła wzdłuż jeziora Kamp, przez co widoki były naprawdę niezłe.

 

Kolejny odcinek nie był już tak łaskawy albowiem dobiliśmy do drogi głównej i zaczął wiać silny przedni wiatr, przez co jazda była męcząca. Do miejscowości Zwettl dojechaliśmy dosyć późno i czasu starczyło jedynie na zakupy. Spotkaliśmy tam również pierwszego Polaka, z którym zamieniliśmy kilka zdań. Wyjeżdżając z miasta kierowaliśmy się w kierunku Linz. Z racji późnej pory, po kilkunastu kilometrach jazdy postanowiliśmy zacząć szukać noclegu. Udało nam się już za pierwszym razem i to w nie byle jakim miejscu, bo przy oczyszczalni ścieków. Na szczęście była to porządna oczyszczalnia i żadne nieprzyjemne zapachy nam nie dokuczały. Dwaj Austriacy siedzący z piwem w ręku przed budką, ciężkim do zrozumienia akcentem języka niemieckiego zaprosili nas do siebie. Od razu zaproponowali piwo, po czym zebrali się do domu, zostawiając nam otwartą budkę z ubikacją, telewizorem, małą kuchnią, lodówką pełną piwa i kilkoma kolejnymi skrzynkami lokalnego browaru. Wszystko było do naszej dyspozycji, a zapewniam, że nic tak nie smakuje jak piwo do kolacji po ciężkim etapie. Pod wieczór przyszła nas poobserwować jeszcze grupka dzieci z miejscowej wioski. Mimo iż mieliśmy małą kantynę do dyspozycji, to postanowiliśmy spać w namiocie – tym bardziej, że żadne nieprzyjemne zapachy nam nie dokuczały. To było miłe zakończenie niełatwego etapu.

 

Miasteczko Horn

 

 

 

 

 

 

Jezioro Kamp – fot. Tomek

 

Kantyna przy oczyszczalni ścieków – fot. Tomek

 

 

 

Cała lodówka dla nas 😉

 

ETAP  4.