Stolica Kantabrii i miasto wielkiego banku – Santander

Lato w Hiszpanii, zwłaszcza tej północnej, bywa kapryśne. W nocy padał bowiem deszcz, który utrzymał się do godzin porannych. Nie byliśmy jednak tym faktem mocno zaskoczeni, czy też oburzeni. Tego ranka po prostu pospaliśmy godzinę dłużej, startując dopiero koło 9:00.

 

Początek etapu nie zapowiadał się łatwo i przyjemnie. Mimo iż byliśmy nad samym oceanem, to tego dnia czekała nas spora wspinaczka. Droga była niesamowicie pofałdowana i jak tylko wjechaliśmy na 100-150 metrów, to po chwili znowu zjeżdżaliśmy do poziomu morza – i tak praktycznie cały dzień. Pogoda, jak już wspomniałem, również nie była wyśmienita. Niebo spowijały gęste chmury, z których raz po raz padał przelotny deszcz. Dodatkowo towarzyszył nam przeciwny wiatr – no jakżeby inaczej ;p Było nam jednak raźniej, ponieważ nie byliśmy sami na trasie. Co rusz spotykaliśmy na drodze kolejnych pielgrzymów idących pieszo do Santiago. Pieszo.

 

Po pewnym czasie dotarliśmy do celu numer 1 na ten dzień, a mianowicie miasta Santander. Pogoda się do nas uśmiechnęła, ponieważ w tym samym czasie słońce wyszło zza chmur. Mogliśmy zatem w spokoju sobie pozwiedzać. A tego zwiedzania nie było w Santander zbyt dużo. Co prawda jest tam o wiele więcej do zobaczenia niż chociażby w Bilbao, ale objazd centrum nie zajął nam wiele czasu. Najciekawsza w Santander jest promenada, przy której znajduje się główna siedziba, znanego na całą Europę, Banku Santander. Nie byliśmy zawiedzeni miastem, ale z drugiej strony nic wielkiego by się nie stało, gdybyśmy po prostu je ominęli. Może San Sebastian jest ciekawsze? Tego już się nie dowiemy.

 

Za miastem zrobiliśmy spore zakupy w markecie, więc myślami byliśmy już przy kolacji. Pozostało nam jednak trochę kilometrów do zrobienia, a teren był taki jak rano –  mocno pofałdowany. Z czasem zauważyliśmy, że zbliżają się do nas ciemne chmury. Stwierdziliśmy, że warto zainteresować się szukaniem noclegu z tej okazji. Z rozbiciem namiotu nie było łatwo, bo Hiszpania wyraźnie nam „nie leżała”, jeśli chodzi o nocowanie na przydomowych ogródkach. Tego dnia było podobnie.

 

Noclegu szukaliśmy w jednej z małych wiosek. Miejscowi od razu wskazali na mały skwer pomiędzy domami jednorodzinnymi. Po lewej stronie był plac zabaw, na środku źródełko z wodą, a my rozbiliśmy się z prawej strony. Skwer posiadał stoliki z ławkami, a miejscowi Hiszpanie twierdzili, że jedną noc spokojnie możemy tu przespać. Jeden z nich podarował nam w dodatku cytrusy prosto ze swojego drzewa.

Jeśli natomiast chodzi o kolację, to mój współtowarzysz postanowił, że tego wieczoru przygotuje sobie kurczaka zapiekanego w papirusie. Podobno w smaku danie wyszło dobre, ale efekt był taki, że ja zdążyłem zjeść swoje danie, pozmywać naczynia po kolacji i spakować garnki do sakwy, a Tomek dopiero zasiadał do kolacji. Człowiek po tylu dniach jazdy szuka jednak urozmaicenia..

 

Piękne, ale wymagające wybrzeże oceanu – fot. Tomek

 

Góra – dół, góra -dół…

 

Za zimno na kąpiel – fot. Tomek

 

 

Pielgrzymi zmierzający do Santiago de Compostela

 

Przerwa na genialne chorizo 😉

 

 

 

Dotarliśmy do Santander

 

 

 

Główna siedziba Banku Santander

 

 

 

Imponujący gmach banku

 

Na promenadzie – fot. Tomek

 

Centrum starego miasta w Santander – fot. Tomek

 

 

 

Powoli opuszczamy miasto

 

Nocleg na skwerze w jednej z wiosek

 

Do kolacji San Miguel 😉

 

 

ETAP  32.