Najdłuższy etap czyli tranzytem do Szwajcarii

Dziesiąty dzień podróży zaczął się dla nas wyjątkowo wcześnie. Wstaliśmy bowiem już o 7 rano. Dlaczego tak szybko? Ano dlatego, że w Szwajcarii mieliśmy zagwarantowany nocleg u mojej znajomej. Poprzedniego wieczoru dostałem od niej wiadomość, że najlepiej jakbyśmy zjawili się w jej mieszkaniu jeszcze dzisiaj. Problem był jedynie taki, że do szwajcarskiej miejscowości, którą zamieszkuje moja znajoma, mieliśmy jakieś 180 km. Plan na ten dzień był zatem prosty – wstajemy wcześnie i jak najszybciej jedziemy do Szwajcarii. Zanim jednak ruszyliśmy tego dnia w trasę, sympatyczni starsi Niemcy zaprosili nas na śniadanie. Na stole oprócz pieczywa znalazła się także szynka, kiełbasa oraz dżem. Wypiliśmy jeszcze herbatę, aby później serdecznie podziękować za gościnę starszym Bawarczykom. Tym sposobem o godzinie 8 rano byliśmy już gotowi do jazdy.

 

Tego poranka pogoda również nie była dla nas sprzyjająca. Od początku było chłodno, a całokształt dopełniła tylko bardzo gęsta mgła, ograniczająca widoczność do 20 metrów. Na dodatek pierwsze kilometry prowadziły przez spore pagórki. Jedyne co nas pocieszało, to sprzyjający wiatr, który po długiej przerwie znów wiał nam w plecy. Pierwszą przerwę zrobiliśmy dopiero po 50 km. Wtedy też mgła odpuściła, wyszło słońce, a na dworze zaczęło robić się naprawdę ciepło. W końcu!

 

Po jakimś czasie dotarliśmy do niemieckiego miasta Kempten. Mimo iż nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania, to jednak zajrzeliśmy na chwilę do ładnego i zadbanego centrum. Na wyjeździe z miasta stanęliśmy jeszcze przy Lidlu, aby zrobić małe zakupy. Niestety market ten nie posiadał własnej piekarni, więc podjechaliśmy kawałek dalej. Wszedłem do środka kupić bułki i okazało się, że pracuje tam Polka. Pewnie nawet bym na to nie wpadł, gdyby nie to, że miałem na sobie koszulkę kolarską amatorskiego klubu z Ostrowa Wielkopolskiego, w którym byłem kiedyś zrzeszony. Sprzedawczyni zauważyła napis, po czym z radością zamieniła język niemiecki na nasz ojczysty polski 🙂 Musiała bardzo się ucieszyć z naszego przypadkowego spotkania, gdyż podarowała nam nawet darmowe rogaliki. Kolejny niewielki, ale jakże miły gest ze strony obcych ludzi.

 

Po szybkich zakupach wróciliśmy na wymagającą tego dnia trasę. Mimo iż było jeszcze sporo kilometrów przed nami, a teren wcale nie był płaski, to sprzyjający wiatr zachęcał nas do szybkiej jazdy ku Szwajcarii. Musieliśmy pokonać tego dnia jeszcze jedno małe pasmo górskie, które obfitowało w piękne widoki i już opuszczaliśmy Niemcy, aby na chwilę ponownie zawitać do Austrii. Konkretniej mówiąc do Bregenz, w którym planowaliśmy zrobić większe zakupy, a prowadził nas tam bardzo długi zjazd z gór. Ponad 30 kilogramowe rowery, którymi się poruszaliśmy, świetnie spisywały się na stromych zboczach, gdzie udawało nam się wyprzedzać rowery szosowe, czy niekiedy nawet samochody. Przed wjazdem do drogiej, wydawać by się mogło, Szwajcarii, zrobiliśmy zakupy w miejscowym markecie, a później czekała nas już ostatnia prosta nad jezioro Bodeńskie. W dobrym tempie pokonaliśmy 180 km i przed czasem zameldowaliśmy się u mojej znajomej. Mimo sprzyjających warunków byliśmy trochę zmęczeni, ale za to mieliśmy prezent w postaci wypranych ubrań, ciepłego prysznica, noclegu pod dachem oraz pysznej kolacji! To był najdłuższy etap podczas naszej wyprawy i na szczęście udało nam się zostawić deszcz w tyle.

 

Tomek pozuje do zdjęcia z naszymi gospodarzami w Bawarii.

 

Poranna, gęsta mgła nie napawała nas optymizmem.

 

Zadbane centrum Kempten – fot. Tomek

 

 

Żegnamy ładną Bawarię i wracamy na chwilę do Austrii. – fot. Tomek

 

Panorama na zjeździe do austriackiego Bregenz.

 

Granica austriacko-szwajcarska.

 

 

 

Po 180 km docieramy nad jezioro Bodeńskie.

 

 

ETAP  10.

 

  • Wow, podziwiam osoby, które robią tyle kilometrów na rowerach. I do tego jeszcze na takim terenie… Szacun!

  • Zdecydowanie szacun za taki wysiłek fizyczny, dla mnie zupełnie nierealny. Podziwiam i mam pytanie: jak przygotowujesz się do trasy? Mam na myśli, czy to jest tak: o jedź my tam, wsiadasz na rower i jedziesz, czy jednak robisz research: rodzaj terenu, drogi, punkty typu stacja benzynowa itp.? Drugie pytanie może trywialne, ale wiem jak jest kiedy wypożyczam auto zagranicą i jestem tak skupiona na jeździe, że potem niewiele pamiętam z tego co było po drodze. Na rowerze jest podobnie? Czy jednak łatwiej podziwiać widoki dookoła?

  • No niezle, a ja narzekam, ze musze jechac 5 km do pracy co rano… 🙂 Mam znajomych, ktorzy tez podrozuja w taki sposob, maja najpiekniejsze nogi jakie widzialam!

  • Seb

    Nie widzieliście w Bregenz sceny na wodzie? Nic o niej nie ma!:(

  • 180 kilometrów? Rowerem!? To jest hardcore 😉 ! Dołączam do grona podziwiających, bo jest co. Chociaż tak sobie myślę, to inspirujące. Zastanawiam się czy dałbym radę tak do Francji na przykład zajechać na dwóch kółkach…

  • Szacun za rower ! Ja to na pewno nie dałabym rady!