Na rowerach z Wrocławia do Lizbony. Po 42 dniach jazdy docieramy do upragnionej mety!

Ostatni dzień podróży. Wstaliśmy o 8 rano i od razu zostaliśmy mile zaskoczeni przez naszych Gospodarzy. Portugalczycy przynieśli nam bowiem śniadanie składające się ze słodkich bułek z masłem, bananów oraz kawy. Na dodatek starszy mężczyzna udostępnił nam pomieszczenie gospodarcze, abyśmy mogli zjeść posiłek przy stole. Po sytym i smacznym śniadaniu zaczęliśmy zwijać namiot i resztę swoich rzeczy. Ciężko było nam dogadać się z Portugalczykami, a Ci nie dość że świetnie nas ugościli, to jeszcze przy pożegnaniu wręczyli po 10 euro każdemu z osobna. Oczywiście nie chcieliśmy brać  od nich żadnych pieniędzy lecz wzruszone odwiedzinami małżeństwo nie przyjmowało odmowy. Nie mieliśmy więc wyjścia. Pięknie podziękowaliśmy za miłe przyjęcie i przed 9:00  byliśmy już na trasie ostatniego etapu.

 

Do stolicy Portugalii mieliśmy jakieś 50 kilometrów prostej drogi. Mogliśmy zatem celebrować każdy metr, ze spokojem wyczekując tabliczki z napisem „Lisboa”. Takiego znaku nie było nam jednak dane ujrzeć tego dnia. Mijały nas za to całe zastępy amatorów kolarstwa, którzy korzystając z pięknej niedzieli, wyruszyli potrenować za miasto. My natomiast po pewnym czasie dotarliśmy do upragnionej Lizbony, zaczynając zwiedzanie od dwóch stadionów. Pierwszym celem był Estádio José Alvalade – stadion Sportingu Lizbona, który pełni jednocześnie funkcję stadionu narodowego w Portugalii. Niewiele dalej znajduje się przepiękny stadion Benfici Lizbona, czyli 65-tysięczne Estádio da Luz, które było areną finału Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2004 roku. Oba te stadiony zrobiły na nas świetne wrażenie. Co ciekawe, pod stadionem Benfici licznik rowerowy pokazał nam równą liczbę 5000 km, które przejechaliśmy z Wrocławia do stolicy Portugalii. To dokładnie tyle, ile zakładaliśmy przed wyprawą.

 

Poranek na portugalskiej prowincji – fot. Tomek

 

Pyszne śniadanie od naszych Gospodarzy

 

 

Cel jest blisko!

 

Ostatnia prosta do mety…

 

 

 

Jesteśmy już w granicach miasta 😉

 

Stadion Sportingu Lizbona

 

 

Stadion Benfici Lizbona

 

Pomnik słynnego piłkarza Eusebio – symbolu Benfici

 

 

Kawał Europy za nami!

 

Po odwiedzeniu stadionów naszym celem było zobaczenie centrum miasta. Jako, że Tomek był już wcześniej w Lizbonie, to robił niejako za przewodnika. Przejechaliśmy jeden plac, drugi plac, aż w końcu znaleźliśmy się na głównym deptaku Lizbony. Na każdym kroku było widać charakterystyczną i pięknie ułożoną kostkę. Długo kręciliśmy się po Starym Mieście, napawając się przepiękną architekturą stolicy Portugalii. Po pewnym czasie dotarliśmy na główny plac zwany handlowym i tam też oficjalnie zakończyła się nasza 6-tygodniowa podróż rowerowa z Wrocławia do Lizbony. Pogratulowaliśmy sobie, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i…pojechaliśmy zwiedzać dalej!

 

Po dogłębnym zwiedzeniu Starówki, udaliśmy się na zachód miasta, gdzie znajduje się wpisany na listę UNESCO klasztor Hieronimitów. Niedaleko niego mieści się również Torre de Belem oraz słynny Pomnik Odkrywców. Nasze zwiedzanie Lizbony dobiegało końca lecz nie był to koniec wrażeń tego dnia – wręcz przeciwnie! Po pierwsze, musieliśmy wyjechać poza Lizbonę, aby znaleźć nocleg. Wyjście z sytuacji było tylko jedno – musieliśmy przekroczyć rzekę Tag, a jedyną opcją był słynny most 25 kwietnia. To wielki, czerwony most, który na pierwszy rzut oka przypomina ten z San Francisco. Jechać tam rowerem? Średni pomysł, ale alternatyw nie mieliśmy wtedy żadnych.

 

Zbliżamy się do centrum Lizbony

 

Lizbona zdecydowanie ma coś w sobie – fot. Tomek

 

Budynek teatru

 

 

 

 

Piękna zabudowa stolicy Portugalii – fot. Tomek

 

 

Główny deptak w Lizbonie

 

 

 

Widok na most 25 kwietnia i rzekę Tag – fot. Tomek

 

Pamiątkowe zdjęcie na mecie w Lizbonie po 42 dniach jazdy

 

Zwiedzamy dalej!

 

Zjawiskowy klasztor Hieronimitów

 

Torre de Belem

 

Pomnik Odkrywców w Lizbonie

 

Imponujący most 25 kwietnia

 

Po wjechaniu na wielką stalową konstrukcję okazało się, że znaleźliśmy się niechcący na 6-pasmowej autostradzie. Kierowcy oczywiście na nas trąbili, ale mieliśmy dużo szczęścia, gdyż samochody nie gnały przez most z zawrotną prędkością, a przez ponad połowę drogi osłaniał nas kierowca autobusu, jadąc cierpliwie za naszymi plecami. Niestety przy zjeździe z pięknego mostu naszym oczom ukazały się bramki do pobierania opłat, a tuż przy nich stał już policjant z włączonym „kogutem”.  Obraliśmy taktykę i postanowiliśmy udawać, że nie znamy angielskiego. Policjant mówił nam, że to niebezpieczne i że nie powinniśmy znaleźć się na tym moście, a my wymieniliśmy szybko kilka zdań po polsku, pokazując jednocześnie na mapie, że chcemy jechać na południe. Na szczęście policjant okazał się być dobrym człowiekiem i skończyło się jedynie na pouczeniu. Założył kask i jadąc motocyklem wskazał nam zjazd na boczną drogę, którą mogliśmy już bez przeszkód kontynuować jazdę.

 

Po tej małej przygodzie musieliśmy nabrać oddechu, tak więc udaliśmy się na ostatnie wspólne zakupy. Kolejną ciekawą przygodą było szukanie noclegu. Mimo iż przejechaliśmy Tag, to nadal byliśmy w aglomeracji Lizbony, gdzie ciężko było znaleźć jakiś dziki teren, czy też dom z ogródkiem, w którym można byłoby ewentualnie rozbić namiot. W jednej z wiosek, krążąc od domu do domu, zostaliśmy zapytani o to, czy nie jesteśmy przypadkiem imigrantami… Z kolei inny Portugalczyk wysłał nas na camping położony…50 kilometrów dalej.  Opcje noclegowe zaczęły się kończyć, dlatego postanowiliśmy zmienić nieco kierunek jazdy i spróbować w innej wiosce. Wjechaliśmy na jedno z osiedli z domkami jednorodzinnymi i zaczęliśmy od strzału w dziesiątkę. Z daleko zobaczyliśmy pierwszy dom, zajrzeliśmy przez płot, a tam pięknie przystrzyżona trawa, basen i jakieś 10 osób przy stole pełnym jedzenia. Pomyśleliśmy sobie, że nawet nie ma sensu pytać, bo przecież na pewno siedzi tam cała rodzina, która chce wspólnie spędzić czas. Zamierzaliśmy odpuścić i jechać dalej, ale Tomek postanowił mimo wszystko zapytać Portugalczyków.

 

Po chwili ogarnęła nas niesłychana radość albowiem ludzie biesiadujący przy stole bez chwili zawahania postanowili przyjąć nas do siebie na noc! Portugalczycy okazali się niesłychanie gościnni i po szybkim rozstawieniu namiotu, dostaliśmy możliwość skorzystania z łazienki. Następnie zaproszono nas do wspólnego stołu na wielką portugalską ucztę. Na stole było absolutnie wszystko, zaczynając od głupich chipsów i piwa, przez chleb, sałatki, smażone mięso, na krewetkach i małżach kończąc. Była już dość późna godzina, w radiu w tle leciał mecz Benfici Lizbona, a my mogliśmy poczuć się jak w prawdziwej Portugalii. Co najlepsze, po obfitej kolacji zostaliśmy poczęstowani kawą. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że wybiła właśnie godzina 22. Okazało się, że właścicielem willi jest piekarz, który wręczył nam jeszcze pamiątkowe koszulki oraz długopisy. Siedzieliśmy do późna z tymi przemiłymi ludźmi, ale w końcu nadeszła godzina, w której trzeba było iść spać. Do namiotu zmierzaliśmy z uśmiechami na twarzach, a przed snem zaczęliśmy podsumowywać sobie naszą cudowną wyprawę, wymieniając wszystkie 42 noclegi. Ten ostatni był jednak najlepszy.

 

Most 25 kwietnia robi z bliska ogromne wrażenie – fot. Tomek

 

Okazało się, że przez most biegnie autostrada 😐

 

 

Niczym w San Francisco 😉

 

Niczym w Rio…albo Świebodzinie 😀

 

Ostatnie wspólne zakupy

 

Ostatni nocleg = najlepszy nocleg

 

Niedzielna biesiada do późnych godzin wieczornych

 

Niesłychanie sympatyczni i gościnni Portugalczycy!

 

 

ETAP  42.