Pierwsza wielka przełęcz – Col du Galibier 2642 m.n.p.m.

Najważniejszy do tej pory poranek rozpoczęliśmy pobudką już o 6:45. Niestety cały namiot był wilgotny, więc musieliśmy poczekać aż trochę przeschnie. Zjedliśmy małe śniadanie i jeszcze przed 9 zameldowaliśmy się na trasie. Najbardziej istotna tego dnia była dla nas pogoda, a wszystkie znaki na niebie wskazywały, że czeka nas piękny dzień! Plan mieliśmy bardzo prosty. Czekały na nas dwie duże przełęcze do pokonania. Na początek 12-kilometrowy podjazd na przełęcz Col du Telegraphe 1566 m.n.p.m., następnie 5 kilometrów jazdy w dół i kolejna przełęcz do zdobycia – 17 kilometry podjazdu na przełęcz Col du Galibier 2642 m.n.p.m.. Razem dawało to prawie 30 km jazdy pod górę. Prawdziwe Alpy, nie ma co!

 

Na pierwszą przełęcz wdrapywałem się wolno, gdyż było to moje pierwsze zderzenie z Alpami Wysokimi i musiałem wiedzieć jak rozłożyć siły. Tomek oczywiście będąc w wyśmienitej formie popędził szybciej do przodu. Po drodze na każdym kilometrze ustawione są tabliczki informujące o aktualnej wysokości, średnim nachyleniu kolejnego kilometra, a także pozostałego dystansu do przełęczy. Mimo niemałej wysokości na jaką trzeba było wjechać, jakoś wcale się nie zmęczyłem i w dobrym czasie dobiłem do Tomka, który czekał już na mnie, opalając się na ławce. Tak, w końcu wyszło słońce! W najważniejszym dla nas momencie. W pełni zmobilizowani ruszyliśmy w dół, nie mogąc doczekać się kolejnego podjazdu. Po 5 kilometrach byliśmy już w wiosce, gdzie swój początek bierze podjazd na słynną przełęcz Col du Galibier.

 

W między czasie zrobiło się bardzo ciepło, żeby nie powiedzieć upalnie. Nie narzekaliśmy jednak na pogodę, gdyż równie dobrze mógł tam nas przywitać śnieg. Szczęście jednak było po naszej stronie i mogliśmy spokojnie rozpocząć wspinaczkę. Jak zwykle nie zatrzymywałem Tomka i mój towarzysz popędził do góry swoim tempem. Ja natomiast powoli zdobywałem kolejne kilometry. Po drodze mijało mnie naprawdę sporo rowerzystów, a raczej kolarzy-amatorów, gdyż każdy z nich jechał na rowerze szosowym. Tylko my postanowiliśmy tego dnia zdobyć przełęcz na rowerach wyprawowych, które z całym ekwipunkiem ważą jakieś 4 razy więcej niż przeciętna „kolarka”.

 

Widoki z każdym kolejnym kilometrem robiły się coraz lepsze, ale nie ukrywajmy – taki podjazd to przede wszystkim ciężka, kilkugodzinna praca nóg. Na szczęście oboje jesteśmy miłośnikami gór, więc świadomie wybraliśmy trasę przez Alpy, która obfitowała w takie właśnie przełęcze. Cierpliwie pedałując do góry, w końcu znalazłem się na ostatnim kilometrze, gdzie w dobrą pogodę można spotkać fotografa robiącego pamiątkowe zdjęcia. Nie jest to łatwa praca, gdyż osoba decydująca się na taką formę zarobku przy dużej liczbie osób musi naprawdę sprawnie obsługiwać aparat. Gdy fotograf zrobi zdjęcie, szybko podbiega do miłośnika kolarstwa, po czym wręcza mu wizytówkę z adresem strony i numerem zdjęcia, po którym zainteresowany może znaleźć później swoje zdjęcie i je kupić. Jest to bardzo kreatywna forma pracy dorywczej. Wracając jednak do podjazdu, to o 14:30 zameldowałem się na górze, gdzie oczywiście czekał już na mnie zmarznięty Tomek. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i czekała nas teraz nagroda, a mianowicie długi na 35 km zjazd do miejscowości Briancon.

 

Ubrani w cieplejszą odzież ruszyliśmy w dół. Niestety nie mogliśmy w pełni cieszyć się długim zjazdem, gdyż droga była niesamowicie dziurawa, a w dodatku towarzyszył nam przeciwny wiatr. Mimo wszystko daliśmy trochę odpocząć naszym nogom. Gdy byliśmy już na dole, musieliśmy szybko się rozebrać, gdyż było blisko 30 stopni Celsjusza! Tyle deszczowych dni za nami, a podczas najtrudniejszego odcinka wyprawy pokazało się słońce. Do końca jechaliśmy już pod wiatr i lekko w dół. Gdy osiągnęliśmy wioskę, w której zaczyna się podjazd na następną przełęcz, zaczęliśmy szukać noclegu. Udało nam się znaleźć miejsce już za drugim razem. Pewien starszy Francuz, mówiący nie inaczej jak tylko po francusku, pozwolił nam rozbić namiot obok swojego domu. Dodatkowo mieliśmy dostęp do wody, a także mogliśmy sobie zerwać pomidory czy jabłka z pobliskiego ogródka. Wieczór był bardzo ciepły i aż chciałoby się posiedzieć dłużej przy piwie. Niestety musieliśmy myśleć o kolejnych dniach wyprawy, a następny etap zapowiadał się jeszcze ciężej. Tak więc zadowoleni i zmobilizowani poszliśmy spać, wierząc że kolejny dzień będzie równie udany jak ten.

 

Na każdym kilometrze podjazdu ustawiony jest znak informacyjny

 

 

W drodze na przełęcz Col du Telegraphe

 

 

 

Początek drogi na przełęcz Galibier – fot. Tomek

 

 

Wymagający, ale piękny podjazd na przełęcz – fot. Tomek

 

 

 

 

Coraz bliżej szczytu – fot. Tomek

 

 

Pamiątkowe zdjęcie na przełęczy

 

 

 

Serpentyny na zjeździe – fot. Tomek

 

 

 

Zjazd prowadził nas przez piękną dolinę

 

 

 

ETAP  18.