Col de La Bonette 2802 m.n.p.m.

Miniony ciężki dzień sprzyjał głębokiemu snu, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na lenistwo. Przed nami był bowiem prawdopodobnie najcięższy etap podczas wyprawy. Mając to na uwadze, wstaliśmy tak wcześnie jak było to tylko możliwe. Ku naszej uciesze powietrze w nocy było bardzo suche, przez co nie musieliśmy suszyć namiotu i już kilka minut przed 8 rano zameldowaliśmy się na trasie. Na początek czekał nas 19-kilometrowy podjazd na przełęcz Col de Vars (2109 m.n.p.m.).

 

Pogoda od początku dnia była idealna do jazdy. Niebo praktycznie bezchmurne, a z każdym kwadransem robiło się coraz cieplej. Nic tylko się wspinać. Tomek oczywiście wystrzelił szybko do przodu jadąc swoim tempem. Ja niestety od rana zmagałem się z bólem brzucha, który stopował mnie przez blisko połowę podjazdu. Początek wspinaczki był ciężki, gdyż podjazd był często stromy. Natomiast z każdym kolejnym kilometrem jechało nam się coraz łatwiej, ponieważ trasa prowadząca na przełęcz miała łagodny przebieg. W między czasie mijało nas znowu spore grono zapalonych kolarzy. Wszyscy oczywiście byli na rowerach szosowych. W drodze na przełęcz przejeżdżaliśmy także przez kurort narciarski Vars, od którego wzięła się nazwa przełęczy. Podjazd nie należał do spektakularnych, więc staraliśmy się pokonać go jak najszybciej. Z racji moich problemów żołądkowych, Tomek musiał poczekać na mnie kilkadziesiąt minut na przełęczy, ale w końcu o godzinie 12 udało mi się do niego dołączyć. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i myślami byliśmy już na kolejnej przełęczy, położonej  700 metrów wyżej czyli Col de la Bonette 2802 m.n.p.m.. Wcześniej jednak czekał nas 20-kilometrowy zjazd, na którym straciliśmy sporo wysokości.

 

Z podjazdami już tak jest, że trwają długo, natomiast zjazdy zawsze są za krótkie. Mimo wszystko staraliśmy się maksymalnie wypocząć podczas zjazdu i na wysokości 1200 m.n.p.m. rozpoczynaliśmy podjazd na kolejną przełęcz. Col de la Bonette 2802 m.n.p.m. na którą chcieliśmy wjechać to najwyższa PRZEJEZDNA droga asfaltowa w Europie! Czekały nas ciężkie 24 kilometry wspinaczki w pełnym słońcu. Na szczęście pogoda dopisała, bo nie wyobrażam sobie jak mielibyśmy pokonywać tą trasę chociażby w deszczu. Tomek był na tyle rozentuzjazmowany faktem zdobycia kolejnej przełęczy, że wyruszył od razu. Ja natomiast przed kolejną wspinaczką musiałem ochłodzić się w źródełku i uzupełnić węglowodany w organizmie, bo na Col de Vars nie miałem na to czasu. Po dwudziestu minutach kontynuowałem jazdę.

 

Pierwsze kilometry podjazdu były ciężkie, a temperatura w słońcu była na tyle wysoka, że musiałem zdjąć koszulkę. Nie minęły jednak 3 kilometry, a zakładałem koszulkę z powrotem. Dlaczego? Niestety doczepiły się do mnie wszelkie rodzaje owadów w muchami na czele. Człowiek przy takim wysiłku jest niesłychanie spocony, a że jadąc pod górę porusza się z niewielką prędkością, to jest idealnym kąskiem dla owadów. Nie będę ukrywał, że odczuwałem spory dyskomfort z tego powodu, tak samo jak i mój towarzysz, który był już daleko z przodu. Ilość muszek, która za mną leciała była niesamowita. Naprawdę miałem tego dość, ale jechałem cierpliwie dopóki nie pojawiły się wokół mnie osy. Jedynym dobrym rozwiązaniem było zatrzymać się i umyć jak to tylko możliwe w przydrożnym, lodowatym strumyku. Gdy zmyłem już z siebie największy pot, muszki praktycznie odpuściły i mogłem kontynuować jazdę. Po przekroczeniu 2000 m.n.p.m. zniknęła roślinność, a wraz z nią całkowicie zniknęły owady. Wtedy też mogłem spokojnie zrobić sobie przerwę i uzupełnić płyny. W między czasie niebo zostało pokryte chmurami, więc odpuściło również mocne słońce. Krótko mówiąc, można było czerpać radość ze wspinaczki. Martwiłem się tylko tym, że może nas dorwać gwałtowna burza. Przyśpieszyłem więc jazdę i starałem się jak najszybciej dobić do mojego towarzysza.

 

Wraz z Tomkiem byliśmy tego dnia ostatnimi rowerzystami zdobywającymi podjazd. Jako że jechałem z tyłu, to mijały mnie już tylko samochody i motocykle. 6 km przed metą na jednym z zakrętów wyprzedził mnie samochód ze Szwajcarii. Kierowca zatrzymał się kilka „serpentyn” wyżej, aby podziwiać z córką niezły widok na dolinę. Widząc, że jestem ostatnim rowerzystą na trasie, postanowił wręczyć mi cukierki w formie lotnego bufetu. Inni kierowcy również motywowali mnie do jazdy, trąbiąc lub wykrzykując francuskie „Allez, allez!” (Dawaj, dawaj!). Najlepszą motywacją była dla mnie jednak zbliżająca się burza. W górach o załamanie pogody nie jest trudno, więc mimo ogromnego zmęczenia pedałowałem coraz mocniej do góry. Na ostatnim kilometrze dostałem informację od jadącego z naprzeciwka samochodu, że Tomek czeka już na mnie na mecie. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, a mimo tego jeszcze przyśpieszyłem. Po wielu trudach o godzinie 17:15 udało mi się dotrzeć na przełęcz. Na górze przybiłem z Tomkiem symboliczną „piątkę” i już mogliśmy wspólnie cieszyć się z naszego sukcesu.

 

Kilkugodzinna wspinaczka na wysokość 2802 m.n.p.m. była bardzo wyczerpująca, ale satysfakcja na szczęście była jeszcze większa. Widok z przełęczy był kapitalny, a my mieliśmy chwilę na pamiątkowe zdjęcia. Czas niestety leciał nieubłaganie i musieliśmy zjeżdżać w dół.  Ubraliśmy ciepłe rzeczy na siebie i w nagrodę za wielki wysiłek czekało nas 100 km zjazdu do Nicei. Czy można sobie wymarzyć lepszą nagrodę? 🙂 Na zjeździe nasze hamulce ledwo wytrzymywały, a widoki cały czas skłaniały do zatrzymywania się na kolejne zdjęcia. Podczas szalonego zjazdu spotykaliśmy jeszcze dwójkę sakwiarzy z Łodzi. Jak widać nie byliśmy jednak ostatnimi tego dnia, którzy chcieli zdobyć przełęcz. Pogadaliśmy chwilę, po czym kontynuowaliśmy szybką jazdę w dół, życząc sobie udanych przygód. Nawierzchnia w przeciwieństwie do pierwszej przełęczy była perfekcyjna, więc nie trzeba było uważać na dziury, a jedynie na to żeby nie wypaść z zakrętu. 35 km za przełęczą, w miejscowości Isola postanowiliśmy szukać noclegu. Nie pomagał nam fakt, że w malutkim miasteczku był camping, a ludzie mieszkający tam mieli jedynie bardzo małe ogródki. Nie było za bardzo kogo spytać o pomoc. W końcu zapukaliśmy do jednego Francuza i w momencie gdy otworzył nam drzwi, z nieba zaczął padać ulewny deszcz. Tak jak się spodziewałem, przyszła w końcu burza. Na szczęście mężczyzna zgodził się, abyśmy rozbili namiot na jego niewielkim podwórku, a potem pozwolił nam jeszcze wziąć prysznic w jego domu. To był niesamowity i szalony etap naszej wyprawy. Z jednej strony wielki wysiłek towarzyszący pokonaniu dwóch wielkich przełęczy, z drugiej strony ogromna duma i satysfakcja. Najgorszy odcinek mieliśmy już za sobą. Teraz czekały nas krótkie wakacje na Lazurowym Wybrzeżu 😉

 

 

Col de Vars 2109 m.n.p.m.

 

Zaczynamy zabawę…

 

 

 

Coraz bliżej pierwszej przełęczy – fot. Tomek

 

 

Col de Vars 2109 m.n.p.m.

 

 

Szybki zjazd, bo przed nami kolejna przełęcz! – fot. Tomek

 

 

                
 

 

Alpy Graickie

 

 

Col de La Bonette 2802 m.n.p.m.

 

Najwyższa przejezdna droga asfaltowa w Europie!

 

Gdzieś tam do góry jest nasza przełęcz 😉

 

Początek podjazdu na Col de La Bonette

 

 

 

Nabieramy wysokości – fot. Tomek

 

 

Motocykliści towarzyszą nam już do końca podjazdu – fot. Tomek

 

 

Ostatni kilometr – fot. Tomek

 

 

 

META!

 

 

Cime de La Bonette 2802 m.n.p.m.

 

 

Nie tylko nas zmęczyła ta przełęcz

 

W nagrodę 100 km w dół do morza – fot. Tomek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ETAP  19.