Deszczowej pogody ciąg dalszy – Monachium

Po najkrótszym etapie podczas naszej wyprawy, zaczęliśmy martwić się o pogodę. Pierwsze co zrobiliśmy po przebudzeniu, to nasłuchiwanie czy pada deszcz. Wieczorem Tomek dostał informację, że następnego dnia co prawda znowu ma padać, ale dopiero po południu. Tak więc dnia dziewiątego wstaliśmy nieco szybciej niż zwykle, mając nadzieję, że uda nam się chociaż w spokoju zwiedzić Monachium.

 

Do stolicy Bawarii jechaliśmy cały czas ścieżkami rowerowymi, które są licznie rozsiane wokół głównych dróg w Niemczech. Wjazd do miasta był niesłychanie długi. Pierwsza rzecz, która rzuciła nam się w oczy, to zupełny brak bloków mieszkalnych. Mieliśmy wrażenie, że Monachium dlatego jest tak rozległe, ponieważ każdy mieszka tam w większym bądź mniejszym domu – żadnych bloków. Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy jednak do centrum. Pogoda cały czas wisiała na włosku. Było bardzo pochmurno i niezbyt ciepło, ale mimo tego zaczęliśmy zwiedzać największe (1,4 mln) miasto na trasie naszej wyprawy do Portugalii.

 

Do Monachium trafiliśmy w środku tygodnia, przez co nie było tam zbyt wielu turystów. Mimo nieciekawej pogody, trzecie do co wielkości miasto Niemiec okazało się bardzo ładne. Na zwiedzanie nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu, gdyż pamiętaliśmy o zbliżających się opadach deszczu. Podjechaliśmy pod najciekawsze budowle w centrum, a największe wrażenie wywarł na nas oczywiście ratusz. Architektura stolicy Bawarii wydała nam się bardzo surowa. Praktycznie wszędzie króluje tam szary kolor oraz pewnego rodzaju minimalizm. Śmiało możemy więc powiedzieć, że Monachium to z goła inne miasto niż chociażby kolorowy Salzburg. Po krótkim zwiedzaniu ponad milionowego miasta, musieliśmy szukać wyjazdu i tutaj o dziwo poszło nam bardzo gładko.

 

Po opuszczeniu Monachium zatrzymaliśmy się pod jednym z marketów, aby zrobić codzienne zakupy. W tym samym momencie zaczęło padać. Na szczęście deszcz nie był tak mocny jak poprzedniego dnia, więc ubraliśmy dodatkowe ciuchy i postanowiliśmy wrócić na trasę. Tego dnia byliśmy już przygotowani mentalnie na deszcz. Poza tym nie mogliśmy tracić kolejnych godzin na czekanie aż pogoda się poprawi.

 

Po 50 km dopadła nas już jednak prawdziwa ulewa i chcąc nie chcąc musieliśmy zrobić 2-godzinną przerwę pod jednym ze sklepów. Pozytyw tej sytuacji był taki, że złapaliśmy WiFi, przez co była szansa na połączenie się ze światem podczas nadprogramowej przerwy w jeździe. Na dodatek spotkał nas tam kolejny miły gest ze strony Niemców. Właścicielka sklepu widząc, że stoimy na zewnątrz już kilkadziesiąt ładnych minut, przyniosła nam ciepłą herbatę – kolejny przejaw niemieckiej gościnności. Po pewnym czasie deszcz minimalnie ustąpił, więc wsiedliśmy ponownie na rowery. Niestety już do końca etapu nasza jazda była bardzo szarpana. Co kilka kilometrów musieliśmy przerywać jazdę, aby znaleźć jakieś schronienie przed opadami deszczu. Mieliśmy w planach odrabianie straconego poprzedniego etapu, ale jadąc w taką pogodę przez góry nie było to łatwe.

 

Nieco podłamani faktem, że znowu będziemy musieli szukać dachu nad głową, zjechaliśmy do jednej z wiosek. Los ponownie się do nas uśmiechnął, bo już za drugą próbą udało nam się znaleźć przyjaznych Niemców. Pewien starszy mieszkaniec Bawarii, zgodził się wyprowadzić swoje auto na deszcz, abyśmy mogli rozbić namiot w jego garażu! Drugi raz z rzędu! Co jak co, ale gdyby ktoś mi o tym powiedział przed wyjazdem, to bym chyba nie uwierzył 😉 Przez kiepską pogodę byliśmy już na początku wyprawy jeden dzień w plecy, ale za to mieszkańcy Bawarii pozytywnie zaskoczyli nas swoją gościnnością 🙂

 

 

 

 

Imponujący ratusz w Monachium – fot. Tomek

 

 

Bawarski strój służbowy – fot. Tomek

 

 

 

Pogoda znowu nas nie rozpieszcza

 

 

 

 

Krajobraz po ulewie – fot. Tomek

 

 

 

Kolejny nocleg w garażu 😉

 

 

ETAP  9.