Jak duży jest Liechtenstein?

Pierwszy nocleg w łóżku od dziesięciu dni bardzo nas rozleniwił, gdyż wstaliśmy o wiele później niż zwykle. Ciężko było się zebrać do dalszej jazdy, mając na uwadze, że taki nocleg może już więcej się nie przytrafić podczas tej wyprawy. Z lekkim poślizgiem, ale w końcu o 10 rano opuściliśmy mieszkanie znajomej, która wyszła do pracy kilka godzin przed nami. Celem głównym na ten dzień było odwiedzenie malutkiego Liechtensteinu.

Początek etapu był dość niemrawy, gdyż musieliśmy pokonać niestromy lecz bardzo wydłużony podjazd do miasta St. Gallen. Miasto okazało się na tyle ładne, że postanowiliśmy lepiej poznać centrum. W mieście wszystko wydawało się być czyste, uporządkowane i przede wszystkim zadbane. Na każdym kroku mogliśmy dostrzec szwajcarskie flagi, które są chętnie wywieszane przez obywateli tego państwa. Pierwsze miasto w Szwajcarii i od razu byliśmy oczarowani. Przy wyjeździe z miasta wstąpiłem jeszcze do banku, aby wymienić euro na franki szwajcarskie i już kierowaliśmy się do jednego z najmniejszych państw świata – Liechtensteinu.

Najpierw jednak czekała na nas pierwsza przełęcz górska o nazwie Stoss. Po raz kolejny podjazd okazał się niezwykle długi i łagodny. Dobiłem do Tomka, który czekał już na mnie na górze i po chwili zaczęliśmy zjeżdżać w dół. Okazało się, że po drugiej stronie przełęczy droga obfituje już w serpentyny i piękne widoki, więc mogliśmy choć na chwilę odprężyć się podczas jazdy. Na dole zajechaliśmy do Lidla i ku naszemu zdziwieniu ceny w szwajcarskim markecie nie odbiegały zbytnio od tych w Austrii czy Niemczech. Po zrobieniu zakupów kierowaliśmy się już płaską jak stół drogą prosto do Lichtensteinu, którego granica ze Szwajcarią usytuowana jest na Renie.

Liechtenstein to jedno z najmniejszych państw świata. Jego powierzchnia (160 km2) odpowiada miastu Katowice, z tym że na obszarze Katowic mieszka prawie 10 razy więcej osób. Z kolei na terenie Liechtensteinu jest kilka małych miasteczek, z których największy Vaduz (5 tys. mieszkańców) jest stolicą Księstwa. Tam też dojechaliśmy bezpośrednio ścieżką rowerową. Już na początku zauważyliśmy, że malutka stolica jest niezwykle zadbana i bogata. Niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu, aby zostawić rowery i wspiąć się na wzgórze, na którym znajduje się zamek – największa atrakcja Liechtensteinu. Vaduz zaskoczyło nas jednak czymś innym. W małym miasteczku spotkaliśmy bowiem kilkuset kibiców Ruchu Chorzów, którzy przyjechali na wyjazdowy mecz swojego klubu przeciwko FC Vaduz. Tak więc przez chwilę mogliśmy znowu poczuć się jakbyśmy byli u siebie w kraju. Po szybkim zwiedzaniu małego Liechtensteinu wróciliśmy na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż Renu i po kilku kilometrach z powrotem byliśmy w Szwajcarii.

Po opuszczeniu Księstwa wjechaliśmy na ścieżkę rowerową o nazwie Seenroute, która biegnie niemal przez całą Szwajcarię. Już na samym początku przekonaliśmy się jak dobry był wybór tego szlaku. Na trasie nie było żadnych samochodów, nawierzchnia była nieskazitelnie gładka, a widoki przepiękne. Wszystko dlatego, że ścieżka ma charakter widokowy i przez większość długości prowadzi przez jeziora i góry, których w Szwajcarii nie brakuje. Po przejechaniu jednego jeziora o sporych rozmiarach, postanowiliśmy zacząć szukać noclegu. Mieliśmy pewne obawy, bo przed wyjazdem słyszeliśmy od kilku osób, że z tzw. „noclegiem na gospodarza” może być w Szwajcarii problem. Nasze zdziwienie było jednak spore, gdy już za drugim razem do swojego domu zgarnął nas pewien sympatyczny Helwet. Jak się okazało, był to rodowity Szwajcar, który 8 lat wcześniej sam odbył rowerową podróż życia. Zostaliśmy jednak lekko zawstydzeni, gdyż nas gospodarz wybrał się rowerem aż do…Chin! Trafił swój na swego, chciałoby się powiedzieć. Zostaliśmy od razu zaproszeni do jego domu, mogliśmy wziąć prysznic, a na dodatek poczęstowano nas tradycyjną szwajcarską potrawą składającą się z zapieczonych ziemniaków i jajka. Do tego dostaliśmy piwo, salami oraz pieczywo. Z racji podobnych zainteresowań siedzieliśmy jeszcze długo rozmawiając z miłym Szwajcarem zajadając się kolejnymi czekoladami firmy Lindt, w której nasz gospodarz pracował na co dzień. Mimo niełatwego etapu siedzieliśmy wspólnie do północy dzieląc się przeżyciami. Dostaliśmy również cenne porady odnośnie Szwajcarii, które przydały nam się w kolejnych dniach wyprawy. I kto mówił, że Szwajcaria jest niegościnna? 😉

 

Centrum St. Gallen

 

 

 

 

 

 

 

Opactwo St. Gallen – fot. Tomek

 

Widok z przełęczy Stoss

 

 

 

 

 

Zwykły dzień w Szwajcarii – fot. Tomek

 

 

 

 

 

Zamek w Vaduz

 

Pamiątkowe zdjęcie w stolicy Księstwa

 

 

 

Charakterystyczne dla Liechtensteinu czarne tablice rejestracyjne.

 

Fani Ruchu Chorzów przyjechali dopingować swój zespół

 

Ciekawe centrum Vaduz

 

Powrót do Szwajcarii ładną ścieżką rowerową – fot. Tomek

 

Ręce na hamulce 😉

 

 

 

Niezwykle ciche i punktualne pociągi szwajcarskie

 

Trasa rowerowa Seenroute

 

Specjalny tunel dla rowerów – fot. Tomek

 

 

 

Kolacja z naszym gospodarzem

 

 

ETAP  11.