Pireneje Katalońskie – przełęczy nigdy dość!

Wczorajsza kolacja z Hiszpanami nieco się przeciągnęła, tak więc rano nie chciało nam się wstać. Mimo to, na nogach byłem już przed 8 rano, aby jeszcze szybko zrobić pranie. Po godzinie dołączył do mnie Tomek i wspólnie poszliśmy do kuchni na śniadanie. Hiszpanie, którzy zaprosili nas do siebie na nocleg, byli niezwykle mili i gościnni. Tym sposobem na trasie kolejnego etapu zameldowaliśmy się dopiero o 10 rano. Poprzedni dzień był bardzo wymagający, ale mieliśmy świadomość, że to jeszcze nie koniec gór. Na początek musieliśmy się zmierzyć z kolejną sporą przełęczą na wyprawie, a mianowicie El Canto (1720 m.n.p.m.).

 

Podjazd nie należał może to najbardziej ciężkich, a to dlatego że był zróżnicowany. Było trochę klasycznych dla przełęczy serpentyn, ale zdarzały się również długie proste czy nawet krótkie zjazdy. Pech chciał, że rano nie znaleźliśmy żadnego otwartego sklepu spożywczego i wjeżdżałem w góry tylko z jednym bidonem. Mimo iż byłem oszczędny, to już w połowie podjazdu zostałem bez niczego. W takich sytuacjach w Alpach nie ma problemu, bo jest mnóstwo źródełek z górską wodą. Tutaj jednak nie było tak dobrze. Po pewnym czasie byłem już nieco zdesperowany i zaczepiłem jedną Hiszpankę na parkingu, która jechała samochodem za swoim partnerem. Jedyne czym mogła mnie poratować był…sos pomidorowy. Ponieważ nie wiedziałem ile jeszcze będę musiał się wspinać, a byłem bardzo spragniony, to nie odmówiłem. Po chwili dobiłem do Tomka czekającego na mnie przed przełęczą i na górę wjechaliśmy już razem.

 

Po osiągnięciu przełęczy El Canto czekał nas długi zjazd do miejscowości Sort. Nawierzchnia na zjeździe nie pozwalała rozwijać zbyt dużych prędkości, ale widoki wynagradzały wszystko. Zjazd zdawał się nie mieć końca, ale ostatecznie dotarliśmy do wspomnianej miejscowości i po 50 km zrobiliśmy sobie przerwę na drugie śniadanie. Kolejna część etapu to jazda w dół wzdłuż rzeki. Zdrowy rozum podpowiadał, że powinno być lekko, łatwo i przyjemnie. Niestety wszystko psuł mocny wiatr. To jednak nie był największy problem. Przez dużą część drogi nie mogliśmy bowiem znaleźć żadnego otwartego sklepu! Nawet gdy wjechaliśmy do jakiejś większej wioski, gdzie było otwartych 10 barów, to i tak nie było tam żadnego sklepu…albo akurat była sjesta. Sama droga natomiast była niesłychanie monotonna. Jechaliśmy główną drogą, na której nie było w ogóle ruchu samochodowego. Jedynymi urozmaiceniami były ciekawe formacje skalne oraz tunele, które pojawiały się od czasu do czasu. Ostatecznie dobiliśmy do większej miejscowości Tremp, gdzie w markecie mogliśmy uzupełnić swoje zapasy.

 

Za miastem czekał nas kolejny podjazd, a mianowicie przełęcz Coll de Montllobar (1080 m.n.p.m.). Wysokość góry może nie jest imponująca, ale dzięki swojej wybitności względem otaczającego ją terenu, dała nam niezły wycisk, a i widoki były godne podziwu. Początek był łagodny, ale później zaczęły się prawdziwe schody. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na robienie zdjęć pięknego krajobrazu. Co ciekawe, po osiągnięciu przełęczy podjazd wcale się nie skończył. Dopiero po pokonaniu dwóch dodatkowych kilometrów mogliśmy w pełni cieszyć się zjazdem, który był nie mniej efektowny jak podjazd. Dzień zbliżał się ku końcowi, więc zaraz za przełęczą postanowiliśmy szukać noclegu. Ludzie w malutkiej wiosce niestety nie posiadali ogródków, więc mieliśmy mały problem. Wszyscy jednak zgodnie wysyłali nas do pobliskiego małego parku. Tak więc po 27-iu dniach jazdy czekał nas pierwszy nocleg „na dziko”. Zarządca terenu, poinformowany o naszym przyjeździe, wyłączył dla nas nawet zraszacze. Nabraliśmy tylko wody z pobliskiego źródełka i trzeba było iść spać. Mimo iż dzisiejsze przełęcze nie były tak wysokie jak poprzednio, to etap był bardzo wymagający. W końcu to Pireneje.

 

Posiadłość Hiszpanów, u których spaliśmy

 

Kolejna wspinaczka przed nami – fot. Tomek

 

 

Panorama podjazdu – fot. Tomek

 

Widok z wysokości 1720 m.n.p.m.

 

 

Za przełęczą czeka nas świetny i długi zjazd

 

Pireneje Katalońskie – idealne na rower!

 

Tomek na zjeździe – widok z helikoptera 😉

 

Od czasu do czasu, drogę urozmaicał nam tunel

 

A obok tunelu alternatywna dróżka – fot. Tomek

 

Główna droga, a mijał nas maksymalnie 1 samochód na minutę

 

Katalończycy bardzo lubią chwalić się swoją odrębnością – fot. Tomek

 

 

Kolejna przełęcz przed nami

 

 

Podczas wspinaczki na przełęcz – fot. Tomek

 

 

Wysokość polskich Karkonoszy, a widoki kapitalne

 

 

 

Czas na kolejny efektowny zjazd z przełęczy!

 

 

Hiszpańska wioska, w której zatrzymaliśmy się na nocleg

 

Pierwszy nocleg „na dziko” podczas wyprawy

 

 

ETAP  27.