Wyprawa i po wyprawie, czyli ostatnie dni w Portugalii

Nadszedł koniec wyprawy. Jeszcze rano wstaliśmy jak co dzień, dostając miłą niespodziankę w postaci śniadania od gospodarzy. Po wczorajszej uczcie na stole znalazły się chleb, kiełbasa, ser, dżem, kakao, ciastka, a także banany. Wszystko wyglądało tak, jakbyśmy mieli zaraz wsiąść na rowery i ruszyć na kolejny etap. Tak się jednak nie stało.

 

Piękny poranek na ziemi portugalskiej

 

ROZSTANIE Z TOMKIEM

Podziękowaliśmy serdecznie Portugalczykom za gościnę i po śniadaniu zaczęliśmy pakować nasze rzeczy. Kilka chwil później byliśmy już gotowi do jazdy. Sęk  w tym, że czekały nas już tylko 3 ostatnie kilometry wspólnej jazdy. Na pierwszym skrzyżowaniu przyszedł czas pożegnań. Wyjeżdżając z Polski 6 tygodni wcześniej obraliśmy sobie cel – dojechać cało i zdrowo do Lizbony, a później się zobaczy. Plan wykonaliśmy w 100 procentach, jednak po ostatnim noclegu przyszedł czas na zaplanowanie kolejnych dni. Tomek postanowił wykorzystać uprzejmość swojego znajomego, który dysponuje domem wczasowym na południu Portugalii. Aby dotrzeć do Taviry, która leży niedaleko Faro, Tomek musiał zacisnąć zęby i pomęczyć się jeszcze 2 dni na rowerze w pojedynkę. Dojechawszy na południowe wybrzeże, mój kompan mógł w spokoju odpocząć od roweru, przez cały tydzień wylegując się na plaży. A co ze mną? Ja z kolei postanowiłem wrócić na kilka ostatnich dni do Lizbony, którą w przeciwieństwie do Tomka dopiero co zaczynałem poznawać.

 

Ostatnie wspólne śniadanie

 

LIZBONA PO RAZ 2

Moją tzw. „metą” była plebania i polski ksiądz pełniący funkcję proboszcza w jednej z parafii mieszącej się pod Lizboną. Pochodzimy razem z jednej miejscowości, ale nigdy nie sądziłem, że się kiedykolwiek jeszcze spotkamy, a już na pewno nie w Lizbonie i nie w takich okolicznościach. Tak więc po rozstaniu z Tomkiem, każdy z nas udał się w swoją stronę. Po 42 dniach wspólnej jazdy człowiek przyzwyczaił się do drugiej osoby i dziwnie jechało się samemu. Na szczęście do stolicy Portugalii nie miałem daleko. Tym razem zamiast jechać rowerem przez most będący autostradą, wybrałem bezpieczniejszą opcję, a mianowicie prom. Za niecałe 3 Euro przedostałem się na drugi  rzeki Tag. W bonusie dostałem piękną panoramę na całą Lizbonę.

 

Czas wracać do Lizbony

 

W tle imponujący Most 25 Kwietnia

 

W oczekiwaniu na prom

 

 

Z pokładu promu można podziwiać świetną panoramę Lizbony

 

 

Widok na Kościół Santa Engrácia w Lizbonie

 

 

Na drugim planie dzielnica biznesowa stolicy Portugalii

 

Olbrzymi Most 25 Kwietnia

 

Centrum Lizbony

 

PORTUGALCZYCY

Dopłynąłem promem na główny plac miasta stołecznego i postanowiłem zachłysnąć się codziennym życiem Lizbony. Kolejnych kilka godzin spędziłem na powolnej jeździe uliczkami miasta i obserwacji mieszkańców. Jedna z Pań uśmiechem witała gości lokalu, zapraszając ich na menu dnia, inni Państwo szli pod rękę w stronę nabrzeża, a jeszcze inny mężczyzna próbował wcisnąć mi jakieś narkotyki. Na szczęście na słowo „Police” natychmiastowo się uspokoił. Krótko mówiąc życie w Lizbonie toczyło się jak wszędzie indziej.  Wraz z upływem czasu zacząłem kierować się w głąb miasta. W ręku trzymałem kartkę z adresem zaprzyjaźnionego księdza.

 

 

Słynny, żółty tramwaj na jednej z lizbońskich ulic

 

Niestety, pomimo usilnych starań, nie potrafiłem dotrzeć pod wskazany adres. Z pomocą jak zwykle przyszedł taksówkarz. Podjechałem do jednego z nich, ale niestety nie znał on żadnego języka poza portugalskich.  Pokazałem mu jednak kartkę, a on nadmienił stanowczo, że ta ulica co prawda jest w Lizbonie, ale sam adres odnosi się do miejscowości leżącą obok stolicy. Następnie wskazał mi kierunek jazdy i kazał się za jakiś czas podpytać następnej osoby.

 

Po kilku kolejnych kilometrach zatrzymałem się na stacji benzynowej. Tankował tam bowiem kolejny taksówkarz. Postanowiłem poprosić go o odnalezienie plebanii. Owy Portugalczyk władał językiem niemieckim, więc było nam o wiele łatwiej się dogadać. Zaskoczyła mnie jednak jego otwartość i chęć pomocy. Mężczyzna był w pracy, a mimo to wpadł na szalony pomysł. Kazał mi jechać przed siebie, po czym dogonił mnie po kilku minutach swoim samochodem. Następnie jechał 40 km/h trzypasmową drogą, każąc mi podążać swoim śladem 😀 Pomijając to, że nie jeżdżę tak szybko rowerem, oraz że był upał, a droga była strasznie pofałdowana, to bardzo miło z jego strony! Nieobliczalny taksówkarz  co jakiś czas stawał na poboczu, cierpliwie na mnie czekając. W końcu po kilku ładnych kilometrach dotarłem dzięki uprzejmości Pana z taksówki pod wskazany adres. Podziękowałem serdecznie starszemu Portugalczykowi, a ten machając mi, z uśmiechem wrócił na trasę realizować kolejny „kurs”.

 

Lizbona z innej perspektywy – w tle droga, którą pokonałem promem

 

WAKACJE NA PLEBANII

Co ciekawe, po dotarciu na plebanię, nie zastałem mojego znajomego księdza. Żeby było śmieszniej, wracał właśnie z urlopu w Polsce. Zostawiłem więc rower i poczekałem na niego kilka godzin w galerii handlowej. Pod wieczór wylądował już w Lizbonie i nieco zaskoczony przyjął mnie do siebie. Postanowiłem zostać w stolicy Portugalii dodatkowe 3 dni i trochę lepiej poznać miasto, a także załatwić wszystkie sprawy odnośnie powrotu do kraju. Musiałem przez ten czas znaleźć lot powrotny last minute. Nie udałoby się to, gdyby nie wielka pomoc wspomnianego duszpasterza. To właśnie dzięki niemu mogłem sprawnie wrócić do Polski. Początkową opcją miał być powrót samolotem z przesiadką w rumuńskim Bukareszcie, następnie w Zurychu, a skończyło się na tym, że zarezerwowaliśmy bilet do Warszawy z szybkim międzylądowaniem w Pradze. Tak więc wystarczyło już tylko znaleźć w sklepie rowerowym jakiś duży karton do spakowania bagażu i sprawa powrotu była załatwiona. Mogłem przez resztę czasu poznać lepiej miasto.

 

Końcowe dni w Portugalii spędziłem u znajomego księdza

 

Wielkie centrum handlowe na obrzeżach Lizbony

 

Udało się znaleźć karton do przewozu roweru

 

POWRÓT DO POLSKI

Jak już wspomniałem, mój powrót do Polski nie byłby możliwy bez wyraźnej pomocy znajomego księdza. To właśnie dzięki jego życzliwości wszystko poszło sprawnie i bezproblemowo, a ja nie musiałem martwić się takimi rzeczami, jak chociażby głupi dojazd na lotnisko z wielkim kartonem. Zameldowaliśmy się na lotnisku przed czasem i musiałem pożegnać serdecznego rodaka, a także piękną Lizbonę. Opuszczałem stolicę Portugalii, w której były 34 stopnie Celsjusza, a lądowałem w Warszawie, gdzie temperatura była prawie 3 razy niższa! Po raz pierwszy w życiu zaznałem małego szoku termicznego. Żal było kończyć tą niezwykłą i niepowtarzalną przygodę, ale przecież wszystko ma swój koniec. Nasza wyprawa do Portugalii też musiała się kiedyś skończyć. Gdy ja byłem już w Warszawie, Tomek mógł jeszcze dogorywać na plaży przez kilka dni, ale i on w końcu wrócił do Polski, załatwiając sobie w ostatniej chwili samolot z Faro do Katowic. Tym samym wyprawa rowerowa z Wrocławia do Lizbona zakończyła się pełnym sukcesem!

 

Bilet powrotny też się znalazł 🙂

 

Gotowy na samolot do Pragi

 

To już definitywny koniec wyprawy 🙁

 

W Lizbonie 2 razy cieplej niż w Pradze

 

Przesiadka w stolicy Czech

 

Powrót do Polski po 45 dniach

 

Ostatni etap podróży, czyli pociąg do Wrocławia

 

KONIEC!

 

Jeśli podobała Ci się nasza wyprawa, daj znać w komentarzu!