Huesca i najprawdziwsza hiszpańska fiesta!

Rano znowu nie mogliśmy szybko ruszyć na trasę, ponieważ namiot był cały mokry od wilgoci. Poczekaliśmy do 9 aż trochę przeschnie i dopiero wtedy wsiedliśmy na rowery. Na początek czekał nas 10-kilometrowy podjazd. Już od wczesnych godzin porannych robiło się upalnie, więc dzień zaczęliśmy od razu bez koszulek. Trasa tego etapu była bardzo pofałdowana. Do tego trzeba dodać cały dzień w słońcu, bez choćby najmniejszego cienia. W dodatku była to niedziela, więc ciężko było znaleźć otwarty sklep. Krótko mówiąc, nie było lekko.

 

Barbastro było pierwszą większą miejscowością, którą mijaliśmy. Na szczęście udało nam się znaleźć tam mały sklep, gdzie uzupełniliśmy podstawowe zapasy. Kolejny odcinek, prowadzący do miasta docelowego czyli Huesci, był jednym z najtrudniejszych i najgorętszych podczas całej wyprawy. Temperatura w cieniu sięgała 36 stopni Celsjusza, a droga obfitowała w długie, kilkukilometrowe proste. Jechaliśmy co prawda główną drogą, ale na szczęście równolegle do niej biegła autostrada, więc nie mieliśmy problemu z samochodami. Otwartych sklepów natomiast jak nie było, tak nie było. Życie ratowały nam stacje benzynowe, gdzie mogliśmy uzupełnić bidony, czy kupić jakiegoś loda dla ochłody.

 

Gdy po kilkudziesięciu kilometrach jazdy przez wypalone słońcem tereny dotarliśmy do 50-tysięcznej Huesci, okazało się że trafiliśmy na najprawdziwszą hiszpańską fiestę! Ludzie z całego miasta powychodzili na ulice, żeby oddać cześć patronowi Huesci, a więc świętemu Wawrzyńcowi (hisz. San Lorenzo). Znakiem charakterystycznym osób świętujących był biały ubiór z dodatkiem zielonej chusty zawieszonej na szyi. Początkowo bardzo ucieszyliśmy się z okazji uczestniczenia w tak ważnym święcie. Po chwili dotarło jednak do nas, że w tej sytuacji znalezienie otwartego sklepu graniczy już z cudem. Przejechaliśmy chyba wszystkie główne ulice i małe zakamarki w centrum miasta, ale udało się znaleźć tylko jeden mały sklepik. Tam też zrobiliśmy podstawowe zakupy, a więc coś do picia i lody na ochłodę. Tak tak, gorąco było nawet pod wieczór. Postanowiliśmy, że wyjedziemy za miasto szukać noclegu, a następnego ranka wrócimy kilka kilometrów na zakupy do Huesci.

 

Z dnia na dzień coraz dłużej szło nam szukanie miejsca noclegowego. Tym razem również nie było prosto. Dopiero jeden Hiszpan, który wracał właśnie z córką ze wspólnego spaceru, zaprowadził nas na lokalny basen. Żeby było łatwiej, mówiliśmy wszystkim, że jesteśmy pielgrzymami zmierzającymi do Santiago de Compostela. Mężczyzna zamienił kilka słów z ratownikiem, a ten zgodził się abyśmy spali w świetlicy obok. Dodatkowo mogliśmy jeszcze popływać chwilę w basenie. Wzięliśmy prysznic, a następnie podeszliśmy do baru, gdzie poczęstowano nas smacznym piwem oraz oliwkami. W świetlicy był z kolei dostęp do WiFi, więc mogliśmy nawiązać kontakt ze światem po dłuższej przerwie. 4 tygodnie wyprawy za nami!

 

 

 

 

Wjeżdżamy do kanionu – fot. Tomek

 

 

 

Hiszpański szlagier

 

Zaczynają się długie proste

 

Kolejna prosta

 

..i kolejna. Widać, że na zewnątrz grubo powyżej 30 stopni Celsjusza

 

 

Ciekawe ruiny na wzgórzu

 

Dotarliśmy do Huesci!

 

 

Wszyscy ludzie wyszli na ulice miasta, aby wspólnie obchodzić fiestę

 

 

Charakterystyczny biały ubiór + zielona chusta na szyi – fot. Tomek

 

Arena walk byków – fot. Tomek

 

 

Nocleg w świetlicy

 

ETAP  28.