Niemiec (nie) płakał jak wyparkowywał!

W poprzednim wpisie wspomniałem, że wieczorem dostaliśmy zaproszenie od jednego z Niemców na śniadanie, dlatego też drugi tydzień wyprawy rozpoczęliśmy pobudką o 7 rano. Sympatyczny Bawarczyk, który na co dzień pracuje jako strażak, „zwołał” na posiłek chyba całą swoją rodzinę, a i sąsiedzi nie pozostali obojętni. Stół aż uginał się pod ciężarem przygotowanego jedzenia. Było tam wszystko co mogliśmy sobie wymarzyć podczas wyprawy – sery, szynki, jajka, jogurty, dżemy, różne rodzaje pieczywa i wiele więcej. To było chyba najlepsze śniadanie podczas naszego wyjazdu. Gościnność Niemców nie kończyła się jednak na śniadaniu. Żeby tego było mało, to na drogę dostaliśmy od strażaka jeszcze bułki, jajka i likier domowej roboty. Początek drugiego tygodnia nie mógł być zatem lepszy! 🙂 

 

Dnia ósmego mieliśmy w planach zwiedzanie Monachium, ale po tak sytym posiłku ciężko było się zebrać. Mieliśmy za to więcej czasu, bo nie musieliśmy szukać marketu, aby zrobić zakupy. Postanowiliśmy nie robić już żadnej przerwy aż do drugiego śniadania. Pogoda nas jednak nie rozpieszczała. Od rana było bardzo pochmurno, nie za ciepło, a na dodatek towarzyszył nam silny przeciwny wiatr. Mimo wszystko jechaliśmy w dość dobrym tempie, aż po 45 km postanowiliśmy zrobić w końcu pierwszą przerwę na jednym z przystanków autobusowych. Po pół godzinie chcieliśmy ruszać dalej, gdy w tej samej chwili zaczęło kropić. Nie napawało nas to optymizmem, ale była dopiero godzina 11:30, a my mieliśmy już prawie połowę etapu za sobą. Niestety zaczęło padać coraz mocniej i jak się później okazało był to dla nas przedwczesny koniec etapu. Z czasem rozpadało się naprawdę konkretnie i nie było sensu nawet wychylać nosa z tego przystanku. Byliśmy niezwykle podłamani, bo nic nie wskazywało na szybką poprawę pogody. Ulewny deszcz spowodował, że musieliśmy spędzić na feralnym przystanku (UWAGA) 7 godzin! Do tej pory pamiętam każdy centymetr tej małej drewnianej wiaty..

 

Dzień zbliżał się ku końcowi, więc ubraliśmy przeciwdeszczowe ciuchy i ruszyliśmy 2,5 km do najbliższej miejscowości Kirchseeon, gdzie znajdował się market. Zrobiliśmy tam spore zakupy i trzeba było szukać jakiegoś miejsca do spania, a raczej liczyć na cud, że w takiej małej wiosce ktoś nas przygarnie do garażu lub innej szopy. O dziwo udało nam się znaleźć już za drugim razem. I tutaj niesłychana historia. Pewien Niemiec wyprowadził swój samochód z wielkiego garażu, żebyśmy mogli tam spać, mimo iż na dworze cały czas padało. Byliśmy w lekkim szoku, ale nic lepszego tego dnia nie mogło nas już spotkać. Nie kapało nam na głowę, w garażu było przyjemnie ciepło, mieliśmy dostęp do wody oraz prądu. Mimo fatalnej pogody wróciły nam humory i myślami byliśmy już przy kolejnym etapie, z nadzieją wyczekując lepszych warunków do jazdy.

 

Śniadanie mistrzów – fot. Tomek

 

Pamiątkowe zdjęcie z gościnnymi Bawarczykami

 

 

Nieszczęsny przystanek

 

 

Upiekło nam się 😉

 

 

 

ETAP  8.