Camino de Santiago

Z samego rana przyszedł do nas Hiszpan, który wczoraj pomógł nam znaleźć nocleg. Przyniósł nam symbol Camino de Santiago czyli muszle świętego Jakuba. Kolejna niespodzianka czekała na nas w barze. Gdy odnieśliśmy klucz od świetlicy, barman zaprosił nas na kawę oraz babeczkę. Ludzie w wiosce byli dla nas naprawdę niesamowicie mili. W dobrych humorach ruszyliśmy na trasę kolejnego etapu. Tak jak wspominałem w poprzednim wpisie, naszym pierwszym celem były zakupy w Huesce. W związku z tym musieliśmy wrócić się kilka kilometrów do miasta. Co się okazało? Na plakacie promującym imprezę zobaczyliśmy, że fiesta na cześć San Lorenzo nie trwa dzień czy dwa, ale cały tydzień! Oczywiście w tym czasie większość sklepów jest pozamykana. Jak widać Hiszpanie mają rozmach i przede wszystkim potrafią się bawić. W związku z tym znaleźliśmy mały sklep, w którym byliśmy dzień wcześniej i zrobiliśmy tam tylko podstawowe zakupy, z nadzieją, że na następnych kilometrach pojawi się jakiś market.

 

Kolejny sklep trafił nam się dopiero po 30 km w Ayerbe. Za tą miejscowością droga została lekko urozmaicona przez otaczające ją ciekawe pozycje skalne. Odbijaliśmy teraz lekko na północ, gdzie musieliśmy pokonać małe pasmo górskie, a to oznaczało kolejną przełęcz. Tym razem nie musieliśmy się wspinać wysoko, albowiem jej wysokość nie osiągała nawet 900 m.n.p.m. Niestety droga prowadząca na przełęcz była niesłychanie nudna. Nawierzchnia niczego sobie, samochodów niewiele, ale cały czas las i barierki. Nie było nawet miejsca, aby zrobić sobie przerwę czy uruchomić aparat. Po kilkunastu kilometrach w końcu dobiłem do Tomka, ale pechowo wjechałem na parking, przez co moje MP3 wpadło do studzienki. Jak pech to pech. Szybko jednak wyciągnęliśmy urządzenie z wody i po kilku chwilach na mocnym słońcu dalej można było słuchać na nim muzyki.

 

Z przełęczy oczywiście czekał nas zjazd, ale nie trwał on długo, bo dobiliśmy zaraz do głównej drogi i znowu zaczęły się pagórki. Tereny do jazdy nie były zbyt interesujące. Nawet na samochody nie musieliśmy uważać, bo obok biegła trasa szybkiego ruchu. Po pewnym czasie dotarliśmy nad sztuczne jezioro. Niestety droga wokół niego była zamknięta, ale postanowiliśmy zaryzykować i jechać nią dalej. Z czasem trafiliśmy na pierwszą blokadę, którą wspólnymi siłami udało się pokonać. Kawałek dalej była już jednak sporych rozmiarów brama, którą musieliśmy ominąć. Jedyną opcją było przedostanie się bokiem przez krzaki. Nie było łatwo, ale udało się pokonać zarówno krzaki, jak i płot, przez co nie musieliśmy nadkładać drogi.

 

Pod koniec etapu zerwał się silny wiatr, choć nic na to nie wskazywało. Momentami ciężko było nawet utrzymać rower. Na horyzoncie zobaczyliśmy bardzo dużą ilość wiatraków, a to oznaczało, że wjechaliśmy w obszar, w którym z reguły musi być wietrznie. Dotarliśmy do wioski i zmęczeni jazdą postanowiliśmy szukać noclegu, ale najpierw potrzebowaliśmy sklepu. Na nasze nieszczęście najbliższy market był 5 km dalej. Mimo wszystko postanowiliśmy się tam wybrać. Gdy wróciliśmy do wioski, okazało się że z noclegiem również nie jest łatwo. Miejscowi Hiszpanie wysyłali nas na „campo futbol” czyli stadion. Po kilku nieudanych próbach postanowiliśmy tam podjechać. Właśnie kończył się trening lokalnej drużyny, po czym Tomek zagadał osoby decyzyjnej. Zarządca stadionu zgodził się bez problemu i już po chwili nasz namiot stał w narożniku boiska. Na dodatek miły człowiek udostępnił nam szatnię gości, abyśmy mogli się wykąpać jak ludzie po ciężkim etapie. Z noclegami w Hiszpanii nie było łatwo, ale koniec końców za każdym razem trafialiśmy na pomocnych ludzi.

 

Basen i świetlica, w której spaliśmy ostatniej nocy – fot. Tomek

 

Na pożegnanie dostaliśmy kawę i babeczki – fot. Tomek

 

Huesca – fiesta trwała w najlepsze…

 

 

 

Kontynuacja długich prostych

 

 

 

Ciekawe pozycje skalne przy naszej drodze – fot. Tomek

 

Krajobraz bardziej przypominał USA niż Hiszpanię – fot. Tomek

 

 

 

 

 

Nudny podjazd za nami

 

 

 

Zjazd po raz kolejny zapowiadał się imponująco

 

 

 

Ani na chwilę nie opuściliśmy Pirenejów

 

 

 

Dobre miejsce na budowę miasta

 

Żeby nie nadkładać kilometrów, musieliśmy pokonać bramę…

 

…choć nie było łatwo. – fot. Tomek

 

Camino de Santiago

 

 

 

 

 

Konwersacja

 

Noclegu na stadionie jeszcze nie mieliśmy 😉

 

ETAP  29.