Królewski etap do Andory – Port d’Envalira 2408 m

Poranek zaczął się dla nas dość wcześnie. Mieliśmy świadomość jak ciężki czeka nas etap, więc wstaliśmy już o 7 rano. Problemem jaki towarzyszył nam podczas wyprawy była wilgoć pokrywająca namiot, która skutecznie stopowała nas każdego ranka. Tym razem było nam jednak szkoda czasu i nie czekając na wychodzące zza gór słońce, ruszyliśmy w kierunku Andory. A początek nie był łatwy, bowiem etap zaczynał się od 5 przełęczy.

 

Od pierwszych kilometrów mieliśmy pod górkę. Podjazd na szczęście nie był stromy, a długi i wypłaszczony. Mimo wszystko z każdą kolejną przełęczą nabieraliśmy wysokości. Początkowo jechaliśmy wspólnie. Dopiero gdy zrobiłem sobie o jedną przerwę więcej od Tomka, musiałem do niego dobić po pewnym czasie i tak na piątą przełęcz wjechaliśmy już razem. Startowaliśmy z wysokości 300 m, aby wjechać na prawie 1500, tak więc byliśmy już nieźle rozgrzani przed Andorą. Po 5-ciu przełęczach czekał nas konkretny zjazd do ostatniego francuskiego miasta Ax-les-Thermes. 10-kilometrowa droga w dół wcale nas nie ucieszyła, gdyż straciliśmy sporo wysokości, lądując z powrotem na 700 metrach.

 

Teraz czekało nas nie lada wyzwanie czyli wspinaczka do Andory. Aby wjechać do tego małego państwa położonego w Pirenejach, musieliśmy pokonać przełęcz Port d’Envalira, która osiąga wysokość 2408 m.n.p.m. Początkowo podjazd biegł wzdłuż rzeki, a więc był płaski i brakowało serpentyn. Tomek ruszył dziarsko do przodu, a ja postanowiłem zrobić sobie dodatkową przerwę, gdyż temperatura tego dnia była naprawdę wysoka. Na postoju zagadało do mnie pewne francuskie małżeństwo. Niestety nie mówili oni po angielsku, a i ja nie władam francuskim. Mimo iż nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, to sympatyczni Francuzi domyślili się po fladze, że jestem z Polski i na pewno jadę do Andory. Pełni podziwu obdarowali mnie czekoladą oraz pomidorami. Z uwagi na panujący tego dnia upał zostawili mi również butelkę wody. Niby nic wielkiego, ale od razu jechało mi się lepiej 🙂

 

Droga do Andory była znośna, dopóki biegła przez lasy. Potem zaczął wiać niesamowity wiatr w twarz, który strasznie utrudniał nam jazdę. Powoli goniłem mojego kompana, który był już spory kawałek przede mną, ale szło mi topornie. Trasa zaczynała robić się coraz bardziej wymagająca i tylko brakowało deszczu, aby całkiem odechciało mi się jechać dalej. Wkładając dużo wysiłku w jazdę, posuwałem się nieznacznie do przodu. Mocno zdemotywowany tym faktem, często robiłem przerwy. Tomek zaniepokojony moją długą nieobecnością poczekał na mnie na jednym z przystanków i dalej na przełęcz jechaliśmy już razem. A droga na przełęcz w końcu zaczynała się klarować. Odkąd pojawiły się serpentyny, to jechało się nieco lepiej. Mimo wszystko silny wiatr dokuczał nam już do końca etapu. Co ciekawe, tym razem na drodze nie było zbyt wielu rowerzystów, ale musieliśmy się zmagać z dużym ruchem samochodowym. Czasami było naprawdę tłoczno. W końcu jednak osiągnęliśmy dziewiąte państwo na naszej trasie czyli Andorę!

 

Po szybkiej sesji pod znakiem drogowym ruszyliśmy na ostatnie zakręty podjazdu. Minęliśmy miasteczko położone na 2000 m i po kilku chwilach byliśmy już na przełęczy. Podjazd nie był tak spektakularny jak w Alpach, gdyż nie mieliśmy aż tak pięknych widoków. Co nie zmienia faktu, że satysfakcja również była spora, gdyż warunki do jazdy nie były najłatwiejsze. Na przełęczy Port d’Envalira (2408 m.n.p.m.) było dość ciepło, bo prawie 20 stopni Cejslusza. Nie było więc konieczności zakładania dużej ilości ubrań na zjazd. A zjazd był naprawdę imponujący. Po bardzo wymagającym podjeździe, czekało nas 50 kilometrów w dół przez calutką Andorę. Mogliśmy więc „zapiąć” pasy i podziwiać pięknie położone państwo z pozycji siodełka.

 

Pierwsze wrażenie po wjechaniu do Andory było bardzo pozytywne. Od razu zauważyliśmy różnicę w cenie paliwa, a co za tym idzie gęsto rozsiane stacje paliwowe. W dodatku drogi zaskoczyły nas świetną jakością. Podobała nam się również forma zwiedzania tego państwa. Jadąc non-stop w dół, liczniki rzadko kiedy pokazywały mniej niż 50 km/h. Na jednym z bardziej stromych odcinków pokusiłem się nawet o pobicie rekordu osobistego i wyprzedzając autobus oraz kilka samochodów udało mi się osiągnąć prędkość chwilową na poziomie 76 km/h. Pomijając jednak ciekawostki statystyczne, szybko wjechaliśmy do stolicy Andory czyli…Andory. Miasto jest niewielkie, tak więc zwiedzanie poszło nam sprawnie. W dodatku motywowała nas późna już godzina tego dnia. Stolica Andory wydała nam się bardzo zadbana i nowoczesna, a górujący nad miastem Diabelski Młyn jest chyba najbardziej charakterystycznym jej punktem. Andora jest uznawana za raj podatkowy, więc handel w tym państwie niewątpliwie kwitnie, a turystów nie brakuje ani w zimę, ani w lato.

 

Przy wyjeździe z Andory złapał nas deszcz, ale postanowiliśmy jechać dalej i była to mądra decyzja, bowiem opady po chwili ustąpiły, a my byliśmy już prawie na granicy z Hiszpanią. Prawie, ponieważ piątkowe popołudnie spowodowało spory korek na przejściu granicznym. Dzień dobiegał końca, słońce chowało się już za górami, ale ostatecznie udało nam się po 11 dniach opuścić piękną i gościnną Francję. W pierwszym miasteczku po minięciu granicy postanowiliśmy szukać noclegu. Niestety nie było to takie proste. Po godzinie poszukiwań już mieliśmy rozbijać się w parku, ale jeden miejscowy wysłał nas na pobliski plac zabaw ze sporą ilością zieleni. Tamto miejsce wydało nam się lepsze, więc postanowiliśmy poczekać aż się ściemni. Wtem jednak zagadał do nas jeden z obecnych tam Hiszpanów, a Tomek wyjaśnił mu kim jesteśmy i gdzie jedziemy. Miły człowiek postanowił zaprosić nas do swojego piętrowego domu mimo iż tego dnia urządzał u siebie imprezę dla dzieci. Tak więc dostaliśmy ni stąd, ni zowąd dach nad głową, prysznic i niezapomnianą kolację. Po takim królewskim 150-kilmetrowym etapie nie mogło nas spotkać nic lepszego. Świetne zakończenie jakże świetnego dnia!

 

Wczesny poranek i suszenie namiotu – fot. Tomek

 

Malowniczo położona miejscowość Quillan – fot. Tomek

 

 

 

Tomek i nasza 5-ta przełęcz tego dnia!

 

Przed nami zjazd do ostatniej francuskiej miejscowości

 

 

Piękne serpentyny w Pirenejach – fot. Tomek

 

 

El pas de la Casa położone na wysokości 2080 m.n.p.m. – fot. Tomek

 

 

 

Mamy to!

 

Prawdopodobnie najwyżej położona stacja benzynowa w Europie – fot. Tomek

 

Czas na 50-kilometrowy zjazd – fot. Tomek

 

 

 

 

 

Andorra La Vella

 

 

Wjazd do centrum stolicy – fot. Tomek

 

 

 

 

 

Czas na Hiszpanię!

 

Zmęczeni, ale szczęśliwi na kolacji u przemiłych Hiszpanów 🙂

 

 

ETAP  26.