Przez Albertville w kierunku Alp Wysokich

Gdy wczorajszego dnia nasze Gospodynie dowiedziały się, że planujemy wjechać rowerami na przełęcz Col du Galibier, nadmieniły nam, że może nas tam spotkać śnieg. Tak więc nocleg w apartamencie staraliśmy się wykorzystać do maksimum. W pełni wypoczęci wstaliśmy na śniadanie i już o 9 byliśmy na trasie kolejnego etapu. Mieliśmy 2 dni w plecy, biorąc pod uwagę wcześniejsze plany, ale dobra wiadomość była taka, że w końcu przestało padać. Ruszyliśmy więc w kierunku Albertville. Na początek całkiem przyjemnie, gdyż wiało nam w plecy, a droga biegła w dół.

 

W krótkim czasie dotarliśmy do znanego francuskiego kurortu Albertville, który w 1992 roku organizował Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Odwiedziliśmy centrum niewielkiego miasta, a także Park Olimpijski. Co ciekawe, Albertville było ostatnim gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które odbyły się w tym samym roku co Letnie Igrzyska Olimpijskie (Albertville/Barcelona – 1992 rok). Kolejne Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbyły się nie po czterech, a już po dwóch latach. W 1994 roku gospodarzem igrzysk było norweskie Lillehammer. Postanowiono przyśpieszyć termin kolejnych zimowych igrzysk, aby uzyskać przemienność igrzysk letnich i zimowych (co dwa lata). Gdy zwiedziliśmy już Park Olimpijski, podjechaliśmy do marketu celem uzupełnienia zapasów. W tym samym momencie zaczął padać deszcz. Na szczęście gdy skończyliśmy jeść drugie śniadanie, opady momentalnie ustąpiły, a niebo zrobiło się nieco mniej zachmurzone.

 

Opuściliśmy Albertville, po czym kontynuowaliśmy dalszą jazdę boczną i już mniej uczęszczaną drogą. Oprócz jednego podjazdu droga cały czas prowadziła w dół. W dodatku mieliśmy korzystny wiatr. Coś nam nie grało, bo wokół drogi zaczęły pojawiać się coraz większe wzniesienia, a my w ogóle nie nabieraliśmy wysokości. Do miejscowości Saint-Jean-de-Maurienne Tomek narzucił mocne tempo i już o godzinie 15 byliśmy w centrum miasta. Mieliśmy spory zapas czasu, a dystans do pokonania tego dnia już niewielki. Postanowiliśmy zrobić sobie dodatkową przerwę na WiFi, a potem na spokojnie zrobiliśmy zakupy w miejscowym Carefourze. Potrzebowaliśmy jedzenia na 2 dni, gdyż kolejnego dnia mieliśmy już wjechać w naprawdę wysokie góry, gdzie ciężko jest o sklepy.

 

Po dłuższym odpoczynku wróciliśmy na ostatni odcinek 17. etapu. Do miejscowości Saint Martin mieliśmy kilkanaście kilometrów, a droga prowadziła już pod górę. Myślami byliśmy jednak przy kolejnym dniu, gdzie czekała na nas pierwsza z wielkich przełęczy, a mianowicie Col du Galibier (2645 m.n.p.m.). Nocleg udało nam się znaleźć już za pierwszym razem. Zapytany przez nas Francuz bez chwili namysłu zaproponował nam rozbicie namiotu w swoim ogrodzie. Gdy mieliśmy już gdzie spać, Tomek jak zwykle poszedł „kąpać się” jako pierwszy w pobliskie krzaki. W między czasie do domu wróciła żona naszego Gospodarza. Jak tylko dowiedziała się skąd jesteśmy i dokąd jedziemy, to jeszcze zanim zdążyła przekroczyć próg domu, pozwoliła nam wziąć prysznic. Tak więc tym razem Tomek trochę się pośpieszył, ale za to wykąpał się aż 2 razy tego wieczoru 😉 Na koniec dnia dostaliśmy jeszcze od Francuzów batony i jogurty, a Gospodarz przyniósł nam dodatkowo plastikowy stolik i krzesła. Mimo wszystko do namiotu schowaliśmy się nieco szybciej niż zawsze, gdyż przed samym zmierzchem zaczął padać lekki deszcz. Zasypiając, mieliśmy nadzieję, że kolejny dzień będzie już słoneczny, gdyż dobra pogoda była nam naprawdę bardzo potrzebna. Wszak zaczęły się prawdziwe Alpy!

 

 

Skromne centrum Albertville

 

 

Park Olimpijski – fot. Tomek

 

 

 

 

Wszystkie przełęcze otwarte – można jechać!

 

 

 

Saint-Jean-de-Maurienne

 

Krajobraz coraz bardziej alpejski – fot. Tomek

 

 

 

ETAP  17.